Pewien wieczór 2006 roku, gdy w Polsce mróz ścisnął do minus 30 stopni, spędziłem na kluczeniu między domkami małej wioski nad Lake Baringo w poszukiwaniu świeżych ryb, by uaktualnić i odmienić nasze wyprawowe menu. Zaczynaliśmy mieć dość posiłków, do przygotowania których używa się głównie jajek. Kolację zjedliśmy w miejscowym pubie, czyli w budzie, do której wstawiono kiedyś kilka stolików i bilardowy stół a bufet - jak wszędzie w tamtym rejonie - umieszczono w małej klitce za kratami.
Kolacja upłynęła w towarzystwie świeżych ryb oraz mocnej wewnętrznej dezynfekcji. Gdzieś koło północy przysiadł się do stolika miły murzyn i udając, że jest zainteresowany rozmową postanowił zwędzić mi komórkę, która leżała obok mnie na stole. No cóż, wyglądałem na człowieka bardzo "zmęczonego" i pewnie w tym tubylec upatrywał swój sukces. Zauważyłem jednak kątem oka, jak położył swoją zgrabną czarną dłoń na telefonie i powoli zaczął ją przesuwać w swoją stronę. Po chwili, gdy miałem już pewność, że to nieuchronny proces zmierzający do zmiany właściciela telefonu odwróciłem się z uśmiechem i położyłem moją dłoń na jego dłoni. Tubylec zwolnił uchwyt, wstał i w ekspresowym tempie zlał się z ciemnością co przyszło mu o tyle łatwo, że właśnie miejscowa elektrownia odcięła wioskę od zasilania. Uczciliśmy to kolejną kolejką herbaty z prądem...
Elektryczność po paru minutach zaskoczyła, ale ponieważ dzień był ciężki, bo nad Baringo doświadczyliśmy jak do tej pory poczucia największego upału pośród wszystkich wcześniejszych dni (+35 dla polskiego kontrastu) więc z przyjemnością udałem się już tym razem do "hotelowego" pokoju, by wziąć orzeźwiający prysznic...
Galeria fotografii
Zawsze Coca-cola. A w ręku miejscowe piwo Tusker nad Lake Baringo.
W małej wiosce nad Lake Baringo, Kenia
Kenia, Lake Baringo, pokaz zdjęć. (Foto-Piotr Nycz)
To prysznic w hotelowym pokoju nad Lake Baringo. Skorzystałem. To naprawdę był luksus...
Jeszcze nie skomentowano tego wpisu